Podsumowanie kwarantanny. Zaskakujące?

Zastanawiam się nad tym, jak zgrabnie opisać doświadczenia ostatnich trzech tygodni. Tak, trzech, bo chociaż oficjalną kwarantannę zaczęłam 3 grudnia a zakończyłam 19, to z domu nie wychodziłam już od 29 listopada, czyli od momentu pojawienia się pierwszych objawów infekcji u mojego męża. Pierwszy tydzień zleciał dość szybko i dynamicznie, bo wtedy właśnie on zmagał się z nieustępliwą gorączką, a ja z podwyższonym pulsem, osłabieniem, ogólnymi bólami i napadami duszności, więc większość czasu przesypialiśmy otumanieni lekami. Mój mąż miał więcej niepokojących objawów COVID-19, a ja stwarzałam pozory, że chociaż ja jestem (w miarę) zdrowa i mogę się nim zaopiekować. To był stresujący czas, nocami wybudzałam się nasłuchując tego jak oddycha, sprawdzałam, czy temperatura nie wzrasta do niebezpiecznych wartości.

W drugim tygodniu zaczęły się odwiedziny policji, a ja uczyłam się funkcjonowania z automatycznym stalkerem (aplikacja Kwarantanna Domowa) przypominającym o konieczności wykonania zadania i potwierdzenia, że siedzę w domu. Na początku było to dość irytujące, ale jak to słusznie zauważył Dostojewski- człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja, więc i ja dostosowałam się do wymogów systemu. Czułam się już nieco lepiej i trzymałam się myśli, że najgorsze już jest za nami, jednak wciąż byłam czujna, żeby w razie czego wyłapać pierwsze symptomy świadczące o ewentualnym pogorszeniu. Dużo jedliśmy, piliśmy sporo soków owocowych domowej roboty, dużo spaliśmy. Pod koniec tygodnia powróciłam do lekkiej gimnastyki i właśnie to znacznie poprawiło moje samopoczucie i ogólne nastawienie.

Trzeci tydzień rozpoczął się od tego, że mój mąż był już wolny, w tym sensie, że zakończyła się jego izolacja i mógł wyjść z domu. Nie macie pojęcia jak mu zazdrościłam, że może wynieść śmieci! Gdy wychodził do osiedlowego sklepiku, to miałam wrażenie, że jak wróci to opowie mi całą historię, jakby uczestniczył w podróżach Vasco da Gamy. Z. dla ustabilizowania swojego zdrowia, został w domu tydzień dłużej. Wiele osób zapomina o tym, że po przejściu każdej choroby, która zmusza na jakiś czas do znacznego ograniczenia aktywności, trzeba stopniowo dawkować sobie ruch, a nie rzucać się bez opamiętania w wir codziennych zajęć. Dla mnie tamten czas był dziwny o tyle, że do południa czułam się dobrze, zaś późnym popołudniem wracały objawy, które miałam w pierwszym tygodniu tj.osłabienie i duszności. Sobota była ostatnim dniem, gdy mogłam się spodziewać telefonu od automatycznego stalkera, jednak nic takiego nie miało miejsca. A wczoraj nadszedł ten upragniony dzień, gdy mogłam już wyjść z domu, odetchnąć pełną piersią, zaciągnąć się naszym smogiem i wyłączyć telefon bez obawy, że nie wykonam zadania na czas. Zrobiliśmy sobie krótki spacer, taki w sam raz dla rekonwalescentów i to był dla mnie pierwszy krok w stronę powrotu do normalności.

brzydko, ale jednak ładnie 😀

Nauczyłam się przez ten czas czegoś nowego o sobie. Przekonałam się, że jest we mnie więcej siły i przekory niż sądziłam, że popłaca codzienna dyscyplina związana z aktywnością fizyczną i odpowiednim żywieniem, poprzedzona wsłuchaniem się w siebie i swoje ciało. Jakiś czas temu pisałam o awersji do fotografowania siebie, przez ostatnie tygodnie, gdy byłam zmuszona pstrykać sobie zdjęcia dwa razy dziennie, coś we mnie pękło. Nie, nie polubiłam selfi, po prostu oswoiłam się sama ze sobą. Wcześniej rzadko oglądałam swoje zdjęcia, za każdym razem miałam wrażenie, że spoglądam na kogoś obcego, dziwnego, nie pasującego do tego świata, tego czasu, tego miejsca. Przeglądając prawie 30 zdjęć, tylko swojej twarzy, bez makijaży, bez filtrów, bez pozowania, zaspana, zmęczona, zdenerwowana albo rozbawiona, nagle polubiłam „tego człowieka”, spodobała mi się ta kobieta, polubiłam samą siebie, jeszcze bardziej.

Mogłabym tak zwyczajnie, jak nakazuje polska tradycja, narzekać, zrzędzić, jątrzyć, jak to było źle i jak mnie to wszystko skrzywiło psychicznie. Lecz wtedy bym skłamała, bo w ostatecznym rozrachunku, widzę, że to wszystko co się działo było dobre- bo już dawno nie spędziliśmy tyle czasu we dwoje co ostatnio, bo mogliśmy się zatroszczyć o siebie nawzajem, a ja znów przekonałam się, jak bardzo nie doceniam tej kobiety ze zdjęć.

Always look on the bright side of life…

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s