Bieda nie gryzie, bo nie ma zębów.

Gdyby zębowa wróżka rzeczywiście istniała, to myślę że Polacy byliby jednym z hojniej obdarzanych przez nią narodów. Nie piszę tego złośliwie rzecz jasna, nie jestem zakręconą urodomaniaczką, która pragnie aby każdy prezentował hollywoodzki uśmiech, bo nie o to mię się rozchodzi.

Niedawno gdy czekałam w gabinecie dentystycznym na swoją kolej, do rejestracji ktoś zadzwonił z zapytaniem o dentystę na NFZ i wtedy to dowiedziałam się, że, o zgrozo, w całym powiecie tylko w dwóch gabinetach są oferowane usługi stomatologiczne w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. Nie powiem, przeraziło mnie to, a zaraz potem się zdenerwowałam, bo uświadomiłam sobie, że chociaż pracuję na rzecz tego państwa, płacę wszystkie składki, to za dentystę muszę płacić z własnej kieszeni i to niemałe pieniądze- potulnie to robię od wielu lat. Wszystko po to, by nie dostać za karę szarych amalgamatów, żeby z daleka było widać żeś biedak co ma zęby z enefzetu.

Nie oszukujmy się, większość ludzi nie podejmuje się leczenia stomatologicznego, bo nie stać ich na prywatne wizyty, a na NFZ albo się nie doczekają albo w ich okolicy nie ma dentysty, który oferowałby takie usługi. Temat jest mi o tyle bliski, że sama teraz często korzystam z usług stomatologicznych w związku z planowanym założeniem aparatu ortodontycznego. Gdyby moich rodziców było stać na tego typu leczenie już 20 lat temu, teraz nie musiałabym bulić z własnej kieszeni kilku tysięcy, ale niestety byliśmy na dentystycznym marginesie. Zęby miałam zdrowe, amalgamatowe, nie były wybitnie krzywe, więc dawałam sobie z nimi radę, tym bardziej, że nie byłam dzieckiem uśmiechającym się.

Z czasem narastały moje zgryzoty z powodu zgryzu, szczególnie gdy mój organizm wyprodukował cztery ósemki, nie do końca mieszczące się w mojej małej szczęce. W tym roku podjęłam decyzję o założeniu aparatu ortodontycznego, aby usunąć krzywizny które poczyniła rozpychająca się w moich ustach mądrość.

Teraz widzę jak traktuje się pacjentów z kasą, a jak rozmawia się z tym co pytają o usługi na enefzet. Możliwość sfinansowania sobie prywatnego leczenia to niebywały luksus. Co jak co, ale wygląd uzębienia bardzo mocno wpływa na samoocenę, zaryzykuję stwierdzenie, że nawet bardziej niż waga. Odbierając człowiekowi możliwość zadbania o siebie w tak istotnym, przede wszystkim zdrowotnie, aspekcie życia, to jak odbieranie godności. Bo wygląd to jedno, ale wciąż bagatelizuje się problem konsekwencji zdrowotnych nieleczonych zębów, czyli przewlekłych stanów zapalnych w całym organizmie.

Mam wrażenie, że utrudnianie obywatelom dostępu do usług stomatologicznych w ramach ubezpieczenia zdrowotnego, to kolejna celowa zagrywka, żeby sprawdzić za co i jak wiele ludzie są w stanie zapłacić, zanim bardziej się ich przyciśnie. Niby mówi się o mafii dentystów, którzy sami narzucają jakieś horrendalne ceny za swoje usługi, ale takie sytuacje nie miałyby miejsca gdyby nie było przyzwolenia państwa. Cóż, jedyne co pozostaje to trzymać się za kieszeń lub uwierzyć w zębową wróżkę Enefzetuszkę, która sowicie zapłaci za każdy ząb, tylko czy Polandia jest aż tak baśniową krainą?

5 uwag do wpisu “Bieda nie gryzie, bo nie ma zębów.

  1. W Australii też płacę za dentystę samodzielnie. Można sobie wykupić prywatne ubezpieczenie, ale policzyłam sobie, że póki nie mam na kogo wykupić całego pakietu rodzinnego, to dla jednej osoby się nie opłaca. W Polsce nosiłam aparat 4 lata, małe miasto, jedyny ortodonta, który z racji braku konkurencji się nie starał. Plus nakładki utrzymujące zęby na miejacu po aparacie były tak wielkie, że spałam z otwartą buzią kolejne dwa lata (według spiskowych teorii takie otwieranie buzi powoduje inny rozrost szczęki, przez co jest „za mała” by pomieścić wszystkie zęby). A potem zęby mądrości wykrzywiły conieco. W Australii nosiłam Invisalign. Nieporównywalnie lepsze. I nakładki na noc po zdjęciu Invisalignu tym razem są na szczęście małe, można spać z zamkniętą mordą. Cieszę się, że wydałam te 8 tysięcy dolców na zęby- o wiele lepiej się wygląda, a i szkliwo się nie rozwala na zębach, które się na siebie nawzajem pchały. Jedyny problem w tym, że szczęka nadal jest „za mała”, co powoduje napięcia w dziąsłach i ewentualne ich obniżanie w przyszłości. Jak natura nie zrobiła dobrej roboty, to i aparat tego do końca nie naprawi.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Widzę, że „małoszczękowość” to nie taki rzadki problem ;-). Ja właśnie z powodu pojawiających się już problemów z dziąsłami, muszę dodatkowo ładować kasę w periodontologa, o dziwo, na szczęście tego typu specjalista znalazł się na moim zadupiu, więc to już połowa sukcesu.

      Polubienie

      1. Wydaje mi się, że ktoś wyliczył, że w porównaniu do przodków, mamy mniejsze twarze i szczęki- wszyscy. Więc małoszczękowość jest niczym choroba cywilizacyjna. Według teorii spiskowej- chorkba powodowana złym ustawieniem języka i przerzyceniem się na mięciutkie jedzenie, jakie współczesny człowiek sobie gotuje.

        Polubienie

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s