Tajemniczy przypadek Buchwalda Rozendeym Szyszkowskiego

Poniższe opowiadanie brało udział w Ogólnopolskim Konkursie Literackim im.H.Snopkiewicz w Zawierciu w 2019 roku.

Tajemniczy przypadek Buchwalda Rozendeym Szyszkowskiego

Nie mam w zwyczaju notować historii moich pacjentów ani swoich przejść jako lekarza z wieloletnim doświadczeniem, jednak w jednym przypadku zrobię wyjątek, bo godny on jest zapamiętania, a i zawiera w sobie przestrogę na przyszłość. Niespełna dziesięć lat temu zostałem wezwany w trybie pilnym do dworku, którego właścicielem był znany i bardzo zamożny Buchwald Rozendeym Szyszkowski. Nic to, że akurat była noc i okrutna jesienna zawierucha, a marznący deszcz wbijał się w policzki, ten pacjent nie mógł czekać. Z otrzymanej wiadomości wywnioskowałem, że jego stan jest ciężki i szybko się pogarsza. Czym prędzej pognałem na miejsce. W ulewnym deszczu i huraganowym wietrze czekała na mnie zniecierpliwiona żona pana Szyszkowskiego.

– Panie doktorze, jak dobrze, że pan już jest! To tragedia! To nieszczęście! Jak ja biedna dam sobie radę?!- szlochała Antonina. – Ja nie poznaję Buchwalda, to nie mój mąż, a jeśli jego przypadłość jest zaraźliwa i przejdzie to na bliźniaki Jadziunię i Stefcia albo starsze dzieci?!

Antoniną Rozendeym Szyszkowską tak  targała rozpacz, że nie dawała mi dojść do głosu, nie mówiąc już o tym, żeby zaprowadzić mnie do chorego. Nie mogłem się opędzić od rozhisteryzowanej żony Buchwalda i gdyby nie pomoc jego gosposi, to zapewne nigdy bym się nie dostał do pokoiku, w którym przebywał pacjent. Wchodząc do środka nie mogłem się nadziwić temu, że mimo wielu przestronnych sypialni, pan domu koczuje w maleńkiej komórce tuż przy kuchni. Nie było tam okien, a jedynym wyposażeniem było dziecięce łóżko, szafka i lampka nocna. Buchwald ubrany w pomarańczowo- różowy frak i fioletowy żabot leżał z podkulonymi nogami, które i tak zuchwalczo wystawały poza malutkie łóżko. Twarz jego była czerwona, nabrzmiała, raz po raz ocierał pot z czoła swoimi grubymi niezdarnymi dłońmi.

– Dobry wieczór Panie Szyszkowski, nazywam się Kerberius von Hoheln, przybyłem na wezwanie pańskiej małżonki, która niepokoi się o pana zdrowie i życie.- Chciałem się przywitać kulturalnie jak przystało na gościa.

– Ja wiem kim pan jesteś!- wykrzyknął Buchwald z oburzeniem.- Ja nie dam sobie wmówić żadnej choroby, to ta jędza chce mnie wykończyć! Truje mnie zapewne, po kryjomu z wiedźmami jakiś geszeft prowadzi! Tu ziółka, tam dziwne przyprawy! A wiesz pan, a wiesz pan?! Nie, nie wiesz pan bo i skąd miałbyś wiedzieć, Antonina to nie człowiek! Ba, nawet zwierzęciem bym jej nie nazwał, to jakieś licho chodzące!

Po tych kilku zdaniach pomyślałem, że Szyszkowski to typowy przypadek paranoika, a sądząc po wyglądzie może nawet i alkoholik. Co prawda nie wyczułem od niego smrodku okowity, ale wiedziałem, że właściciele takich dworków lubią zabijać czas w przydomowych winnicach. Musiałem jednak- jak na lekarza przystało- zbadać pacjenta i odbyć z nim rozmowę. Przeczuwałem, że ta nocna interwencja będzie bardzo, bardzo długa i nie tak oczywista jak mogłoby się wydawać.

– Czy pozwoli pan na to, żebym pana osłuchał i zadał kilka pytań?- Nadal starałem się zachować spokój i powagę, chociaż sytuacja była co najmniej absurdalna.

– Nie zgadzam się! Ona pana wynajęła żebyś pan mię przekabacił na jej modłę albo zniszczył, zmieszał z błotem! I otruł! Tak, otruł, bo o to wam chodzi! Pan jesteś sprzedawczyk na usługach tej wiedźmy!- Szyszkowski zapalczywie bronił dostępu do siebie wykrzykując i wymachując rękami. Widok rzucającego się w gniewie pulchnego mężczyzny tylko na początku wydawał się zabawny, lecz z każdą kolejną minutą upewniałem się, że mój pacjent ma bardzo poważny problem.

– Panie Szyszkowski jeśli chce pan się przekonać, czy jest pan podtruwany to tylko ja mogę to stwierdzić i to poprzez badania. A swoją drogą, jeśli pańskie przypuszczenia okażą się prawdziwe to ja wszystko poświadczę przed sądem i pogonisz pan żonę! – stwierdziłem, że do wariata dotrą tylko wariackie argumenty i tym razem się nie myliłem.

– A słuchaj pan! Mię tak łatwo pan nie wykończysz! Ja się nie dam! Ja znam takich jak ty, z kozią bródką jak u rokity! – mimo tych krzyków i pogardliwego tonu zaczął zmieniać swoje nastawienie, nieco złagodniał i grzecznie zdjął frak wraz z koszulą. Zapewne udało mi się go przekonać magicznym słowem „sąd”.

 Nasłuchiwałem, ostukiwałem. Żadnych szmerów, rzężeń, serce jak dzwon. Odruchy prawidłowe. Jedyne co wzbudziło moją ciekawość to nienaturalnie małe uszy. A przyznać muszę, że Buchwald to był mężczyzna bardzo wysoki, barczysty i otyły. Mimo tych niewielkich uszu, jego słuch był wybitny. Pomyślałem, że ten defekt urody i tak nie rzutuje na jego ogólne funkcjonowanie, a ja szybko zapomnę o tym szczególe.

– Panie Rozendeym Szyszkowski, ja widzę, że somatycznie z panem wszystko w porządku, nawet ciepłota ciała prawidłowa. Nie ma także żadnych oznak podtruwania, o które oskarża pan żonę.- Mówiłem do niego spokojnie, acz stanowczo. Nie miałem ochoty wchodzić z nim w jakieś dysputy.

– Doktorze von Hoheln, zbliż pan ucho do moich ust to wszystko opowiem. Tylko żeby to babskie licho za drzwiami niczego nie usłyszało!- Usiadłem na brzegu łóżka, a wtedy Rozendeym Szyszkowski wlepił we mnie swoje jasnobrązowe oczy i zaczął opowiadać.- Panie, ja poznałem Antosię z domu Zapalczywską dwadzieścia lat temu. Była ładna, młoda, oczy niewinne jak u jałówki. Głupia, bo głupia, ale pomyślałem, że dla mnie mądra być nie musi, byleby była powabna i jakoś się prezentowała. Do rodzenia ładnych dzieci rozumu nie potrzebuje, a i skoro nie jest taka cwana to nie puści mnie kantem. Szybko wzięliśmy ślub, jej ojciec potraktował mnie jak błogosławieństwo z niebios, bo jej rodzina biedna, a ja majętny. Mezalians jakich mało, ale co tam. Przez tyle lat dbała o dom, urodziła mi czwórkę dzieci, w tym bliźniaki.- Buchwalda ogarnął szloch. Dość żenujący to widok, potężny mężczyzna w dziecięcym łóżku, kolorowym fraku i do tego smarkający w rękaw. Myślałem, że opowie mi ckliwą historię o tym, jak to żona znalazła sobie kochanka.

– Słuchasz pan czy nie?- nerwowo odburknął Szyszkowski, a ja skinąłem głową dając mu znak, że czekam na ciąg dalszy opowieści.- No i Antosia złotko moje świecące naiwnością, zawsze mało mówiła, w towarzystwie się czerwieniła, że nie zna tego, czy owego, ale mnie to nie wadziło. Kilka tygodni temu wyjechałem na cały dzień w interesach, miałem wrócić w nocy, ale tak wyszło, że zjawiłem się w domu wcześniej. Wchodzę na ganek, rozmyślam o tym jaką niespodziankę sprawię swojej ptaszynie, a tu o panie!- I znowu wezbrał szloch, ciało Szyszkowskiego wiło się w spazmach, jakieś niewysłowione boleści zaczęły nim rzucać na wszystkie strony.

– Panie Szyszkowski, na zdradę nic nie poradzę. Mogę panu najwyżej dać syrop na uspokojenie albo niech służąca zaparzy melisy, jednak mimo lat na uniwersytecie medycznym i własnej praktyki lekarskiej dotąd nie odkryłem lekarstwa na złamane serce.- Chciałem już jak najszybciej zakończyć wizytę lekarską, która w moim mniemaniu nie miała najmniejszego sensu. Nie chciałem mieszać się w małżeńskie gierki i niedomówienia Szyszkowskich.

– Ale nie o to! Ale nie o to! To nie kochanek! Panie, ja kochanka bym jej wybaczył! Nawet gdyby z gosposią romansowała, ale przyłapałem ją na czymś dużo gorszym, niewybaczalnym. Uświadomiłem sobie, że na własnej piersi wroga wyhodowałem!

W tym momencie już kompletnie nie wiedziałem i nawet nie przypuszczałem na czym to tak strasznym Buchwald przyłapał swoją żonę. Przez głowę przemknęły mi zarówno okrutne jak i obrzydliwe wersje tego, co zastał wtedy Szyszkowski. Ponosiła mnie wyobraźnia.

– Doktorze, ja panu powiem, ale niech to będzie tajemnicą… Otóż tego feralnego dnia, zastałem moją żonę w sypialni, piękną i uśmiechniętą jak czytała książkę. Wyobraża pan to sobie?! Taka potwarz dla mnie! A przed ślubem przysięgała, że ani czytać, ani pisać nie umie! Wie pan jaka to obraza? Może za chwilę jeszcze się jej ubzdura, żeby pójść do szkoły albo- tfu tfu- wynająć guwernantkę! Jeszcze na biedne dzieci to przejdzie!

Słysząc to intymne wyznanie Buchwalda Rozendeym Szyszkowskiego po raz pierwszy w swojej karierze lekarza poczułem bezsilność. Tak, to był przypadek beznadziejny. Kiedyś, jeszcze na studiach słyszałem o ludziach cierpiących męki egzystencjalne, ale ten pacjent był daleki od tego typu jednostki chorobowej. Żaden znany mi podręcznik medyczny nie zawierał nawet szczątkowego opisu dotyczącego postępowania w przypadku bolesnego zawodu intelektualnego.

– Panie von Hoheln, a może by tak ją poddać egzorcyzmom? Może to diabeł w nią wstąpił, zawładną jej ciałem i zaszczepił jej chcicę umysłową? Ja się staram jak mogę, przemywam oczy sokiem z rzodkiewki żeby się nie zapatrzyć, nawet śpię osobno. Ubrałem także pomarańczowo- różowy frak żeby ją odstraszyć. Nic nie działa. Ona dalej czyta i co gorsza, już się nawet z tym nie kryje, tylko robi to o tak! Przy wszystkich! Wstyd mi przynosi, obnosi się z tymi swoimi książkami, na głos coś tam czyta. To ja wtedy zatykam uszy, bo a nóż to są jakieś słowa mocy, czarna magia czy cuś.- Buchwald wypowiadając te słowa trząsł się, co chwilę spluwał przez lewe ramię i nerwowo omiatał wzrokiem mały pokoik jakby w poszukiwaniu ukrytych pułapek.

Chciałem mu pomóc, lecz nie wiedziałem jak. Egzorcyzmy nie należały do moich kompetencji, to było zadanie dla Albina- mojego kolegi ze studiów. Teraz jednak nie było czasu na sprowadzanie kolejnych specjalistów, byłem zdany sam na siebie. Poczułem się znowu jak uczniak. Poprosiłem Buchwalda, aby dał mi chwilę na wypicie herbaty i obmyślenie planu działania, miałem już pewne przypuszczenia, lecz do końca nie dowierzałem swojej intuicji. W międzyczasie przyglądałem się jego małżonce, rzeczywiście była ładna, małomówna, uśmiechnięta. W zasadzie niczym szczególnym się nie wyróżniała. Ja bym powiedział, że ta „diabelska” przypadłość, czyli chęć do nauki i czytanie wyraźnie jej służyły, w jej oczach widoczny był dziwny blask. Zupełnie tak, jakby ktoś ukrył w niej coś cennego. Gdy tak powoli popijałem herbatę, podeszła do mnie gosposia Szyszkowskich i półgłosem powiedziała:

– A może to świstunka? Panie doktorze, ja w pełni rozumiem ból i strach pana Buchwalda. Przypominam sobie historię mojej trzeciej szwagierki piątego męża, opowiadała o tajemniczych świstunkach, które uwodzą bogatych mężczyzn, a potem doprowadzają ich do utraty zmysłów.

– Doceniam pani zatroskanie i chęć pomocy, ale etyka zawodowa zabrania mi konsultacji z osobami niewtajemniczonymi w dany przypadek.- Musiałem taktownie i jednocześnie ostro pokazać gosposi gdzie jej miejsce. A ona jakby nie dowierzając mi lub nie rozumiejąc mojego przekazu stała z wytrzeszczonymi nieruchomymi kurzymi ślepiami.- Dziękuję za herbatę i poczęstunek, ale potrzebuję chwili w samotności.- Dalej stała, jakby jej duch uleciał, a ostała się tylko marna skorupka. Wstałem od stołu, ona ani drgnęła. Pobiegłem do pokoiku Buchwalda, on również zastygnął w jednej pozycji z głową schowaną między kolanami. Wyglądało to tak, jakby się czegoś przestraszył.

Na ten widok Antonina zaczęła krzyczeć i płakać, nie mogła sobie wybaczyć tego, że doprowadziła męża do takiego stanu. Przeklinała samą siebie.

– Sprowadziłam nieszczęście na ten dom! Poddałam się chwili słabości, a przecież byłam dobrą żoną i matką! Poszło jak krew w piach!- usiadła zasłaniając dłońmi twarz mokrą od łez.

– Wie pani co… Mam pewne przypuszczenia co do choroby jaka toczy organizm pani męża, i jak symptomy na to wskazują, również pani gosposi…

– Czyli można ich uratować? – Zapytała z nadzieją w głosie.

– Ich nie, ale panią i dzieci tak.- odparłem, choć wciąż brakowało mi przekonania czy moje postępowanie będzie słuszne.

– Czyli to jest zaraźliwe?- Antonina wyglądała na coraz bardziej przerażoną i zdezorientowaną. Mimo wszystko widziałem w jej oczach zaufanie, którego nie mogłem stracić.

– Może być. Niech pani zabierze z domu dzieci i resztę służby. Ja się zajmę chorymi.

Zostałem z nimi sam na sam. Z gosposią stojącą jak słup soli i Buchwaldem, który powyginany niczym opętany trwał w bezruchu. Oboje jakby wpadli w stan hibernacji, aby tylko odwrócić moją uwagę. Wziąłem dwa krótkie sznurki, które obojgu przeciągnąłem przez uszy, ich oczy zasłoniłem kawałkiem gazety, nosy zatkałem watą, żeby nie wyparowała mikstura, którą zamierzałem im podać . W przypadku Buchwalda przeciągnięcie sznurka przez uszy było wyjątkowo trudne ze względu na jego anatomię, natomiast nie było to niewykonalne. Kolejnym krokiem było podanie silnego i dotąd nie stosowanego leku składającego się z aldehydu szarokomórkowego, kwasu oświecającego i odrobiny wyciągu z wilczej jagody. Tak też uczyniłem, po chwili ujrzałem jak ich twarze wykrzywiają się w dziwnych grymasach, palce wykręcają się na wszystkie strony, nogi robią się coraz krótsze i bardziej ptasie, skóra zaczyna świecić się na pomarańczowo. W mgnieniu oka z Buchwalda Rozendeym Szyszkowskiego i jego gosposi zostały tylko sznurki, które jeszcze chwilę temu tkwiły w ich uszach. Zapach tych sznurków i powstały na nich niebiesko-złoty nalot oznaczały, że miałem do czynienia z chochlikami i to nie byle jakimi. Buchwald i jego gosposia w rzeczywistości byli tworami z gatunku grubianis vulgos. W swojej naturalnej formie grubianis vulgos jest niewielkiego wzrostu, ma krótkie kacze nóżki, wielki brzuch, niebieskawą głowę i kurze oczy. Uwielbia całymi dniami przeglądać się w lustrze, a jego ulubionym napojem jest woda z ogórków z dodatkiem chrzanu i pieprzu.

Wtedy też zdałem sobie sprawę z tego, że pierwszy raz w życiu zmierzyłem się z chochlikami, które czerpią życiodajną moc z ludzkiej głupoty i naiwności. Kiedyś słyszałem o nich od mojego dziadka. Myślałem, że te stwory wyginęły, a one mają się całkiem dobrze. Idealnie wtapiają się w tłum, przybierają ludzką postać i mącą, kręcą, manipulują wszystkimi dookoła. Chochliki szczególnie upodobały sobie pewne klasy społeczne, w których bardzo dobrze funkcjonują nie wzbudzając żadnych podejrzeń. Najczęściej podszywają się pod wielkich właścicieli ziemskich, królów, ale i nie pogardzą zwykłym chłopem. Lubią być w centrum uwagi, aby zajmować czas i myśli swoich towarzyszy. A dla osób, które stają na ślubnym kobiercu mam tylko jedną przestrogę- uważaj kogo bierzesz sobie za męża lub żonę, gdyż chochliki doskonale potrafią się maskować.

Poprosiłem z powrotem do środka Antoninę i całą jej menażerię. Przerażonej i zrozpaczonej kobiecie musiałem wytłumaczyć, że jej mąż nie był tym, za kogo ona go uważała. Buchwald w istocie był jednym z najwyżej stojących w hierarchii chochlików i naprawdę miał na imię Pszczyżybuczek. A gosposia? Gosposia w połowie była chochlikiem, a w połowie świstunką, dlatego nie miała w sobie tego uroku i zdolności uwodzenia, o urodzie nawet nie wspominając.

Od tej pory Antonina Rozendeym Szyszkowska z domu Zapalczywska została sama na włościach i z tego co mi wiadomo, do dziś świetnie sobie radzi. Ja zaś odkryłem swoje prawdziwe powołanie i sens mojej egzystencji. Podróżuję po całym świecie w poszukiwaniu różnorakich chochlików, a uwierzcie mi- jest ich bez liku. To była moja pierwsza niesamowita przygoda, tak jak ją zapamiętałem- tak też opisałem. Ja, Kerberius von Hoheln, lekarz i pogromca chochlików.